Wszystko się zjebało. Dokumentnie. Wszystko.
Kurwa.
Jeśli nie zejdą z opłatą licencyjną i nie zgodzą się na inny sprzęt, niz mają, bo wyszukałam lepszy, odpuszczam. Za 2 lata ta technika pójdzie w siną dal, a ja zostanę ze spłatą dużej kwoty leasingu na kolejne 4 lata. Ciekawe za co…
Czasami dobrze sobie zrobić bardzo dokładne wyliczenia zakładając wariant pesymistyczny. Stawia na nogi.
Jeszcze nie podjęłam żadnej decyzji, ale entuzjazm się zmniejszył i wysłałam 4 nowe cefałki.
Ten pomysł co miałam go wcześniej leży sobie na parapecie. Jest lepszy, zdecydowanie, super innowacyjny, atrakcyjny dla dzieciaków, edukacyjny i nie ma konkurencji. Kwota inwestycji podobna. Ale roboty dużo. Zyski? Bardzo duże wg mnie.
Wysłałam maila z tysiącem pytań. Ale już bez achów i echów. Spokojnie.
B. jest przy mnie, wspiera, pociesza, jest wyrozumiały, trochę ściąga na ziemię, ociera łzy zawodu i rozśmiesza proponując udział nas obojga w łatwym biznesie w branży porno, jak na tym polu tak nam dobrze idzie, to czemu by nie wykorzystywać naturalnych talentów? Głupol jeden. Ubawiłam się do łez, rozluźniłam i lepiej spałam. Zdecydowanie.
Czekam co będzie. Jak mój wiatr zawieje?
Będę musiała znowu pod niego biec? A może w końcu dmuchnie mi w plecy?
Wczoraj mój eks zagadał mnie na gadu
Eks(27-03-2008 12:35)
ale muszę Ci powiedzieć, że tak naprawdę to teraz nieźle na tym wszystkim wyjdziesz
Eks (27-03-2008 12:35)
jak sprzedasz dom
Agunia (27-03-2008 12:35)
no tak średnio
Agunia (27-03-2008 12:36)
bo we Wrocku są dużo droższe mieszkania
Agunia (27-03-2008 12:36)
i nic nie zostanie
Eks (27-03-2008 12:36)
dobra dobra
Agunia (27-03-2008 12:36)
podatek muszę zapłacić od tej kwoty bardzo duży
Agunia (27-03-2008 12:36)
no serio, 10 %
Eks (27-03-2008 12:36)
chyba, że zainwestujesz w następną nieruchomość
Eks (27-03-2008 12:36)
to nie musisz chyba za dużo płacić
Agunia (27-03-2008 12:37)
no tylko część, bo reszta idzie na spłatę kredytów
Agunia (27-03-2008 12:37)
a jeśli odliczałam odsetki
Agunia (27-03-2008 12:37)
to już nie mogę tego liczyć
Eks (27-03-2008 12:37)
ale zobacz jak Ci się ułożyło
Eks (27-03-2008 12:37)
bez kredytu
Eks (27-03-2008 12:37)
mieszkanie nowe
Eks (27-03-2008 12:37)
samochód
Eks (27-03-2008 12:37)
i facet którego kochasz
Eks (27-03-2008 12:38)
nic dodać nic ująć
Eks (27-03-2008 12:38)
a mnie nawet na kredyt na remont nie stać
Eks (27-03-2008 12:38)
ja się nie użalam
Eks (27-03-2008 12:38)
tylko czasem myślę sobie jakie to życie popieprzone
Eks (27-03-2008 12:38)
i ile kasy trzeba mieć aby przeżyć godnie życie
Eks (27-03-2008 12:39)
ale tak sobie potem myślę
Eks(27-03-2008 12:40)
że wiesz z domu nic nie chciałem od Ciebie ani złotówki bo wszystko zostawione było dla Gabryśki
Eks (27-03-2008 12:40)
i teraz tego domu nie będzie
zeszłam potem z tematu, bo coś mi się wydawało, że za chwilę mi powie, że mam się z nim kwotą ze sprzedaży domu podzielić! A potem wydębił ode mnie serwis do herbaty, który dostaliśmy na ślub. Chińska porcelana. A proszę bardzo.
Wieczorem, kiedy odwiózł córeczkę, wręczyłam mu to wielgachne pudło.
Smacznej herbaty! My dear…
Konsekwencje naszych wyborów…
Oł shit. Zaraz mi chyba czaszka pęknie. Niiieee, nie boli mnie głowa. Będę zakładać firmę, będę działać franczyzowo i kuuuuuuuuuuuurewa mam tryliardy pytań, a nie mam ich komu zadać. Zupełnie nie kumam sprawy z podatkami, amortyzacjami, rozliczaniem kosztów, składkami, przepisami. Matyldo, w co ja się pakuję?
Dobry doradca podatkowy by mi się przydał. Serio, serio. Tylko nie mam teraz kasy, żeby mu za poradę zapłacić
Tylko, że ja się chcę nauczyć! Sama to sobie wszystko robić, rozliczać. Wiedzieć o co chodzi! Do tego potrzebuję jeszcze 10 tysi, bo mi tyle brakuje na początek.
Panie Boże, Agunia prosi ślicznie o pomoc w znalezieniu finansów na rozruch interesu. Może być jakiś spadek od dalekiej krewnej, może być wygrana w totka lub innym konkursie lub też nieoczekiwana pomoc od kogoś życzliwego, niespodziewanego (no dobra, aż tak naiwna to nie jestem
)
Dziękuję i pozdrawiam
Po położeniu tynków Pan Mariusz “Złota Rączka” maluje ściany. Od progu pachnie farbą. Tak, dla mnie to pachnie, nie śmierdzi. Weszłam do sypialni i zamarłam.
Flash… 3 maja 2005. Też wracałam w nocy od mamy. Cóż. Jak widać, standard, tak na marginesie.
Wtedy weszłam do mojego brand new domku z ogródkiem i zmierzyłam do sypialni trzymając w ręku fotelik ze śpiącym niemowlęciem. Żółte ściany, kolor On wybierał. Zakurzony komp, materac na podłodze – ten 160 x 200, dobry do bzykania – czajnik elektryczny i cukier i przygaszone światło lampki z żarówką o mocy 25. I mysz w piwnicy.
Wtedy ostatni raz leżał obok mnie i swojej córki. Potem zniknął jak bańka mydlana.
Wczoraj zapach farby przywołał ten obraz.
A potem przytuliłam Mojego Mężczyznę, który przybył 22.35 do stacji Poznań Główny.
Dałam się rozebrać. Całować i kochać na materacu 160 x 200, dobrym do bzykania,w świetle przygaszonej lampki o mocy 25.
Mało spałam. Tuliliśmy się. Szeptaliśmy o miłości. Lubię patrzeć na Jego wystające stopy spod kołdry, kiedy wychodzę do pracy.
Kiedy się wraca do własnego domu z niedzieli na poniedziałek wielkanocny a oczy się kleją i przez to, że nie ma anteny na dachu, bo ją w myjni zmiotło, odbiera przede wszystkim Radio Maryja, na poboczach widzi się błyszczące oczy nocnych wędrowców leśnych i nie tylko, to tym bardziej myśli się, że zdecydowanie lepiej byłoby siedzieć przed plazmą i sączyć driniacza, niżeli z zapuchniętymi powiekami liczyć na szybciej umykające kilometry.
Nie udało się. Znowu. Z uporem maniaka, naiwnością małej dziewczynki, wciąż wierzyłam, że tym razem będzie już wszystko dobrze. Córka poplotkuje z matką, wnuczka będzie tulić babcię i w atmosferze chociaż połowicznej sielanki dotrwamy do końca bez jednej łzy.
“Jesteś z debilem, który nie potrafił przez 3 dni umyć nawet jednej szklanki. Nie szanuje mnie. Nie złożył życzeń. Jesteś nieszczęśliwa. Potrzebujesz faceta tylko do łóżka. Byleby był. Zatraciłaś własną tożsamość, on nie wierzy w Boga i przez to Ty nie wychowasz swojej córki tak jak myśmy Cię z ojcem wychowali. Widzisz we mnie tylko źródło finansowania. Jestem oczywiście wg Ciebie wszystkiemu winna, poświęciłam się dla Ciebie. Zostałam z ojcem, bo Ty chciałaś, masz mnie w dupie, wypierdalaj stąd”
Próbowałam tłumaczyć. Rozmawiać. Potem milczałam. Łzy mi leciały. Moja córeczka mi je wycierała.
“Dlaczego babcia i Ty płaczesz? Mamusia, nie płacz”
Nie mogę już tak dalej. Nie dam sobą tak pomiatać. Boli mnie to wszystko.
O 21.54 odpaliłam silnik. O 2.10 weszłam do domu.
Dziś, w poniedziałek wielkanocny zjadłyśmy razem spaghetti. Z jednego talerza.
Boli. Naprawdę mnie boli….
Nie wiem jak wytrzymam jeszcze te 3 miechy. Cholernego dwudziestego nie mam kasy. Tylko na paliwo do mamy i tyle. Jak ja mam myśleć o własnym biznesie? Kiedy nie mam firmy i środków nikt nie traktuje mnie poważnie.
Jak bardzo potrzebuję dnia dla siebie. Sauny, masażu, kawy przy papierosie, maseczki na ryło, relaksacyjnej muzy.
Jestem jakaś taka wewnętrznie ostro podkurwiona. To pewnie przez wyjazd na Święta. Przez tę cholerną kasę. Przez stagnację. Przez nicsięniedzianie. Dobija mnie to.
Tylko wspomnienie wspólnego lepienia bałwana w przeddzień kalendarzowej wiosny wywołuje uśmiech. Mały śmieszny bałwan z kamyczkami – guziczkami, połową marchewki zamiast nosa, bo głowa za mała, i czarną reklamówką zamiast czapki. Dziś rano przekrzywił się znacznie, jakby chciał się położyć spać na przebijającej spod śniegu miękkiej trawce. Czapka spadła. Zimno mu pewnie w głowę.
Chyba potrzebuję już orgazmu ….
a gdybym tak poszła we franchising?
Kilka pomysłów niemieckich mi się podoba, a u nas jeszcze ich nie ma. Napisałam parę maili. Czekam na odzew, bo wysyłanie cefałek odbija się szerokim echem.
Panowie tynkarze oczywiście namarudzili, jak to ci poprzedni spierdolili robotę. Jasne, kurde, jak w polityce. Teraz już wszędzie narzeka się na poprzedników. Teraz malowanie, a przepraszam najpierw trzeba ogarnąć ten syf, który zrobili, a potem czekamy aż zjawi się ktoś, kto stwierdzi, że to mieszkanie to właśnie to o czym marzył. Tak jak ja kiedyś…
Dziecko mi znowu kaszle na potęgę, leki nie pomagają, znowu sięgniemy po Bactrim. W nocy ma takie duszności, że naprawdę śpimy jak myszy pod miotłą. Martwię się o ten mój skarb. 3 tygodnie spokoju i znowu. I tak w kółko…
I zaraz Święta. Jadę do mamy. To błąd. Mam nadzieję, że jeden z ostatnich w najbliższym czasie…
Weekend upłynął pod znakiem bolącego brzucha, szkoły, kina i dobrej kolacji.
10.000 B.C. to shit do kwadratu, Emmerich to po prostu rzemieślnik podręcznikowy. Jedyne co go ratuje to dobre efekty (tak jak w “Pojutrze”). Scenariusz – kiła. Pełno niespójności – mamuty 10 tys. B.C?!, “udomownione” konie?!, góry i śnieg, za chwilę piaski, potem dżungla, brakuje tylko tyranozaurów i obcych. To jakaś paranoidalna próba odmóżdżenia widza, brak szacunku i pomysłu. Szkoda kasy, naprawdę szkoda mojej kasy.
Dobrze, że kolacja pod znakiem piersi kurczaka nadziewanych szpinakiem i duża fanta z jednej szklanki, uratowała wieczór.
Tylko w szkole coraz częściej dochodzę do wniosku, że “co ja robię tuuuuu, uuuuu”.
Egzamin menedżerski. Buhahahahhaha.
Dobre.
Nadęte bufony piszą już prace, a ja nawet nie mam tematu.
Mało snu, znowu nerwy. Projekcje, porównania, łzy, morze łez. Ból brzucha. Seks. Okres.
Strach. Smutek.
Zmęczenie.
Krzyk. Kurwa. Jak bardzo chce mi się krzyczeć.
A co jeśli ja się już nigdy nie naprawię?
Mam nie tupać nóżka, nie foszyć, nie zachowywać się infantylnie. To nie jest kobiece.
Znowu ktoś próbuje mnie ustawiać. Wcisnąć w jakich szablon, który jest w czyjejś głowie 17 lat. Bo nie zna innego. Przyznał rację. Widzi mnie przez pryzmat własnych doświadczeń z kobietą, z którą przeżył pół życia. Opanowaną, twardą, ambitną i silną kobietą. Nie jestem taka. A jeśli mnie takiej nie akceptuje, to jak to jest, że kocha?
Jestem zmęczona. Cholernie zmęczona.
Jak to jest z tą wartością, własną.
Szczerze. Trudno i mnie boli. Ale muszę. Spoglądam w lustro.
Wygląd.
Jestem brzydka. Mam rozszczep wargi i podniebienia. Mam brzydki nos i włosy – cienkie i suche. Zbyt jasną oprawę oczu. Muszę przyciemniać. Wkurza mnie to. Cera naczynkowa, nierówny koloryt skóry. Mnóstwo pieprzyków. Mam wąskie ramiona. Figurę typowej gruszki. Szczupła góra. Szerszy dół. Bardzo mały biust. Rozstępy po ciąży i cellulit. Przesuszona skóra. Grube kostki, brzydkie stopy, nie mogę chodzić w obcasach, bo mnie bolą podeszwy. Woda mi się zatrzymuje w organiźmie. Nogi puchną.
Mam ładne oczy. Bardzo długie rzęsy. Ładny kształt brwi. Smukłe dłonie z długimi palcami. Bardzo długie, zgrabne, kształtne nogi. Brzuch wygląda jakby nigdy nie był w ciąży. Mięśnie zarysowane praktycznie bez ćwiczenia. Zarysowana talia i ładne biodra.
Charakter.
Jestem dobrotliwa, chciałabym wszystkim dogodzić. Jestem leniwa, przez to też ciągle czuję się nawet nie przeciętna, bo mi się nie chce usiąść i uczyć. Bystra. Wiedzę przyswajam bardzo szybko, stąd lenistwo, bo wydaje się, że nie muszę. Histeryzuję. Wyolbrzymiam. Nie znoszę krytyki. Często jestem smutna. Uśmiecham się zazwyczaj tylko dlatego, że inni tego oczekują. Lubię być sama, a jednocześnie tęsknię za jakąś łapką, która w tej samotności mnie potrzyma za dłoń. Lubię nic nie robić. Nie czytam zbyt często. Jestem bałaganiarą i nie cierpię sprzątania. Łatwo mnie zranić, przejmuję się każdym złym słowem skierowanym w moją stronę. Jestem egoistyczna… (właściwie to słyszałam ciągle od mojej mamy i nie mam co do tego przekonania). Nie jestem dość inteligentna. Nie znam stolic europejskich. Nie czytałam Dostojewskiego. Brakuje mi chyba wiedzy ogólnej. Nie mam mega zainteresowań. Nie wiem w czym mogłabym się odnaleźć. Wydaje mi się, że nie robię tego co powinnam. Nie smaruję mojej córce twarzy odpowiednim kremem tak często jak powinnam. Nie zawsze mam ochotę się z nią bawić. Mam skłonność do nałogów. Nie znam się na modzie. Nie mam odwagi realizować marzeń. Boję się własnej matki. Poświęcam się. Przechwalam się. Udaję, maskuję, kłamię. Zdarza mi się mieć ogromny bałagan w samochodzie. Jestem zazdrosna. Zawistna bywam. Zaniedbuję ogrom rzeczy ze względu na brak chęci i motywacji. Nie jestem konsekwentna. Jestem zajebiście dobrym pracownikiem. Nienawidzę chamstwa. Jestem wulgarna i kocham seks. Nie jestem pruderyjna. Często wybucham z byle powodu. Potrzebuję potwierdzenia własnych wyborów. Mam rewelacyjną intuicję. Decyduję dobrze tylko wtedy, kiedy muszę to zrobić bardzo szybko bez zastanowienia. Nie kocham mojej matki i ojca. Czuję się samotna. Smutno mi, że miałam chujowe dzieciństwo i to tak bardzo wpływa na mnie teraz. Nie jestem asertywna. Często mnie ludzie irytują. Mam ochotę wykrzyczeć im co myślę, ale w zamian za to, jestem przesadnie miła. Umiem postawić na swoim. Doszukuję się rzeczy tam, gdzie ich nie ma.
Podejrzewam, że jeszcze będę dopisywać te “prawdy”.
Po Świętach wracam do psycho.
Nie trzeba klepać po plecach, ani opierdalać.
3 lata kończy moje dziecko. Zazwyczaj wspominałam poprzedni rok, narodziny, wszystko co przeżywałyśmy razem, jej postępy, łzy radości, euforii czy rozpaczy.
Dziś kupimy torcik malutki, wsadzimy 3 świeczki, nadmuchamy parę balonów, założymy śmieszne czapki, posmarkując, pokasłując, będziemy czytać prezent.
Tak. Maminy prezent nie jest do czytania, bo maminy prezent zapewni bezpieczeństwo dziecka podczas jazdy – nowy fotelik. Wujkowy prezent jest za to naprawdę super.
Bajka. O domku Franku. Sam ją napisał. Specjalnie dla Gabi. Bajka bez puenty, dzięki czemu może być odcinkowa i pewnie będzie.
A tak się zaczyna:
O tym jak domek Franek rozpoczął swoją przygodę
Pewnego razu był sobie domek.
Myślisz sobie może, że to dziwny sposób rozpoczynania historii? Że rycerz, smok, albo chociaż zwykły chłopiec, czy dziewczynka byliby lepszymi bohaterami, niż domek?
Otóż mylisz się.
Domek, o którym opowiem nie był bowiem zwyczajny. Przekonasz się o tym sama.
Był jeszcze bardzo młody. Wybudowano go niedawno i wciąż pamiętał jak kładziono mu dach z czerwonej dachówki i jak śmiesznie go to łaskotało. Pamiętał też, jaki był dumny, gdy dostał swoje pierwsze drzwi i gdy po raz pierwszy otwarto je kluczem, który pasował do jego własnego zamka. Mieć swój własny zamek to naprawdę coś wielkiego, nawet jeśli jest to tylko zamek w drzwiach.
Był bardzo dumny nie tylko ze swojego czerwonego dachu i mocnych drzwi, ale również ze swoich okien, przez które wpadało do środka światło słońca, jeśli akurat był dzień, lub księżyca i gwiazd, kiedy zapadała noc. Był dumny ze swych mocnych fundamentów, podłóg i sufitów, z rur i kabli, które biegły wewnątrz ścian, ale najbardziej był dumny ze swojej rodziny.
Domek miał rodzinę? – zapytasz.
No owszem, miał. Była to rodzina, która wprowadziła się do niego i zamieszkała w jego przytulnym, ciepłym wnętrzu.
Rodzina składała się z czterech osób: rodziców i dwojga dzieci. Chłopczyk był bardzo malutki i nie umiał jeszcze chodzić, ale dziewczynka miała już pięć lat i domek bardzo chciał się z nią zaprzyjaźnić, podobnie jak z całą swoją rodziną.
Niestety dziewczynka była bardzo, ale to bardzo niegrzeczna. Nie szanowała swojego domku, chociaż ten starał się jak mógł, żeby go polubiła. Bazgrała po meblach i ścianach pisakami, zamiast rysować na kartkach papieru. Nie chciała ściągać butów, brudząc gładziutkie podłogi. Chlapała też wodą po podłodze i ścianach łazienki, kiedy siedziała w wannie, przez co domek miał niemal nieustannie katar….
Pani dyrektor przedszkola, w którym złożyłam papiery, okazała się w ciągu sekundy wścibskim podstarzałym babskiem, które swoje niskie poczucie wartości rekompensuje sobie wyżywaniem się na innych i zaznaczaniem własnej “pozycji”, pożal się boże. Wyszłam niesamowicie zniesmaczona. I już nie wiem tak do końca czy chcę, żeby Gabi się tam dostała.
Mam nadzieję, że nigdy tego nie będę robić. Nie stanę się taka. A może do tego czasu uda mi się odbudować tę moją wątłą wyimaginowaną wartość.
Jesteśmy chore. Katar po pas. Obie. Znowu, raptem miesiąc był spokoju. Cholerne roztocza, albo jeszcze co?! Jakiś wirus. Jesteśmy totalnie słabe odpornościowo, łapiemy wszystko co w powietrzu. Nawet już pomysłu nie mam na wzmocnienie organizmu.
Wzięłam sobie rolkę papieru i w zaciszu biura smarkam kilometry.
Mają robić tynki od jutra. Kurz, pył i brud.
To jeden z takich dni, w których trzeba być silnym i się jest, ale tak bardzo wolałoby się zwinąć w kłębuszek.
przy okazji narodzin. Takich nowych narodzin. Tzn. poznania się od początku właściwie. Od podszewki, bo chyba tam nie zaglądałam, jakbym się bała? Postanowiłam dokonać pisemnej weryfikacji tego jak sama siebie widzę. Zrobię to dziś, na kartce. Po lewej zalety (szczerze), po prawej wady (szczerze).
A jak wyglądam na zewnątrz? Jak widzą mnie inni? Jak widzicie mnie Wy?
Szczerze?….
Klucz od samochodu, łyżeczka od kawy, chusteczka, kubek po kawie (kawa wypita), szklanka po Coli (ałłłł cellulit
) spinacz, milion papierów, mazak, segregator, 2 telefony, jogurt pitny, długopis, kalendarz – chrystusie, mam gigabałagan na biurku.
Ale jakoś się lepiej czuję niż wczoraj. Nic wielce nie wyjaśnialiśmy sobie. Zwyczajnie powiedziałam co chcę zrobić i jak spróbować naprawiać to swoje malkontenctwo.
Opracowuję plan. Plan pod tytułem: jestem fajną babką, nie muszę się poświęcać dla miłości. Czyli mogę spokojnie ćwiczyć na stepperze, mogę spokojnie czytać książki, spokojnie kupić zajebistą spódnicę i marynarę oraz wystrzałowe buty, mogę z dumą spojrzeć w lustro i powiedzieć: Aguniu, ależ masz seksowne ciało i tego typu mniej lub więcej śmieszne sprawy, które mają za zadanie spowodować, że więcej będę się uśmiechać.
O, uśmiechnęłam się właśnie, tu i teraz!
Dziwne, bo wczoraj kiedy zadzwoniła moja mama okazało się, że tłumaczy mi jak mam postępować z moim dzieckiem, które, jak się wczoraj okazało, jest silnie uczulone na trawy/roztocza/pleśnie/zboża.
“Kurcze, tyle miałam do Ciebie pytań!”
Do mnie. Pytań. Przesłuchanie. Jaki fotelik dla Gabi. Kiedy idziesz do fryzjera. Co z domem. Co z przedszkolem. Jak weźmiesz urlop. Kiedy musisz położyć wypowiedzenie. Kiedy przyjedziecie. Jesz obiady.
Złapałam się na tym, że ja też sobie te pytania zadaję, sama. Jako przedłużenie tego kontrolera – mojej mamy.
Zadzwonię do Pani Ani, niech mi zrobi ładnie paznokcie.
A burdelu na biurku nie będę sprzątać. Tzn. posprzątam. Jutro.
Potrafię go doprowadzić do stanu, w którym jest mu już wszystko jedno. W którym, na wieść, że może zostanę lepiej tutaj, odpowiada: jak sobie życzysz…
“Nie jestem królikiem doświadczalnym, ciągle mnie testujesz, moje uczucie i to kim jesteś dla mnie. Te psychodramy nas wykańczają, do niczego nie prowadzą, a tylko powodują, że mamy ściśnięte żołądki. Ty ciągle jesteś z czegoś niezadowolona. Chcesz wszystkiego. Kocham Cię bardzo mocno, najmocniej jak potrafię. Nie możemy dać sobie wszystkiego. Ani Ty mi, ani ja Tobie. Tak jest zawsze, kiedy spotykają się ludzie z przeszłością”.
Nie mogę słuchać o podbojach sercowych jego ex, nie umiem zaakceptować, że witają się cmoknięciem, że mówi do niej pieszczotliwie. Czy to aż taki problem? Z czego to wynika.
“Masz niesamowicie niskie poczucie własnej wartości i nikt i nic nie jest w stanie tego zmienić. Nawet gdybym stanął na głowie. To nie pomoże”.
Porównuję się do niej. Nie jestem ani panią dyrektor, ani nie zarabiam kupy szmalu, nie mam małych ładnych stópek, nie mam wyobraźni takiej jak ona, nie jestem tak oczytana, elokwentna, twarda i zdecydowana.
To miał tyle lat. A ja często się potykam, rozbijając “kolano i płacząc jak dziecko”.
Traktuj mnie jak partnera, denerwuje mnie, że jesteś wyniosły i traktujesz mnie z góry.
“To zachowuj się jak partner, a nie jak dziecko, jak Gabi, która tupie nóżką, bo się jej coś nie podoba”.
Nie chcę Cię stracić
“A zachowujesz się jakbyś chciała. Jakbyś chciała stać się obca.”
Zdaje się, że przyszedł moment, w którym albo zwinę się w kłębek i przyznam, że zwyczajnie się nie nadaję, bo wykańczam własnych partnerów z powodu braku pewności siebie i braku akceptacji własnego ja, albo coś z tym zrobię. Nie wiem niestety tylko co.
Ciężka noc za mną, złe sny. O tym, że moja córka miała raka trzustki. Mocny makijaż zasłania spuchnięte oczy.
Nie robi nic złego, to tylko ja. Moja wina przecież.
Nie byłam u fryzjera, nie byłam po buty, w google mnie NIE chcą. Rozmowa o pracę w nowej firmie była fajna, ale w soboty to ja psze państwa pracować nie będę, jeszcze nie ten etap.
Samochód odmówił posłuszeństwa.
W tym tygodniu jestem słomiana wdowa. Aż poszłam wczoraj spać o 21.30.
Cholerna spółdzielnia ma w dupie moje tynki.
Właśnie promienie słońca wpadły do biura.
Cholera… dziwnie się czuję w mieście Wro. Kiedy się w nim zakocham?