Pojechaliśmy w sobotę na zakupy, bo już naprawdę lodówa świeciła pustkami. Kupiłam sobie mirindę i lody czekoladowe z zamysłem ostatniego grzechu przedporodowego. Jeszcze mnie ojciec wkurzył totalnie, bo jak zwykle codziennie zadzwonił z pytaniem czy czasem nie urodziłam. No nie, tatusiu, nie – powiedziała Agunia z coraz większym wkurwem – ale jeśli jeszcze raz do mnie zadzwonisz, na pewno urodzę, z nerwów…
Po powrocie do domu zrobiłam sałatkę grecką i zaczęliśmy oglądać Obcego 2. W połowie poczułam, że jakoś mnie tak dziwnie w dole brzucha pobolewa, jakby co parę minut. Zadzwoniłam do położnej i kazała jechać do szpitala. Byliśmy po 18 i po badaniu i zapisie KTG wyszło, że skurcze są, ale jeszcznie nie są silne.
Byłam trochę zła, kiedy lekarz kazał jechać jeszcze do domu. Czułam, że i tak niedługo urodzę. Ale wizja skonsumowania lodów była silniejsza. Wróciliśmy. Zadzwoniłam do polożnej, która zaleciła wejście do wanny i powiedziała, ze pewnie ok. północy wrócę na porodówkę.
Napuściliśmy wody do wanny, przynieśliśmy sobie laptopa, nałożyliśmy po miseczce lodów i puściliśmy sobie film o Krzysztofie Kolumbie. Skurcze się nasiliły, ale były jeszcze nieregularne na tyle, że obejrzeliśmy film do końca. Miś masowal mi plecy, tulił i tak zrobiła się prawie północ.
Kiedy zaczęłam już miec problemy z chodzeniem, a oddech zamienił się w syczenie, stwierdziłam, że teraz to już czas. Położna miała nosa. Na Izbie Przyjęć byliśmy przed pierwszą w nocy, z pełną torbą, tylko kapci zapomniałam w tym ferworze.
Dokumenty, papiery, badanie i znowu zapis KTG, a potem jeszcze raz badanie i przejście na porodówkę.
Przemiłe studentki podłączyły nas jeszcze raz do zapisu KTG i monitorowaliśmy skurcze na bieżąco. Studentka Sylwia bardzo fajnie podpowiadała jak mam oddychać, Miś podawał wody, oddychał razem ze mną i trzymał za rękę. Przed 3 w nocy przyjechała położna, zbadała i zaleciła zmianę pozycji. Przeszłam na piłkę. Usiadłam okrakiem i oparłam się na łóżku porodowym obejmując poduchę. Przy skurczu oddychałam zgodnie z zaleceniem, a B. siedząc za mną mocno masował mi plecy. Co chwilę piłam łyk wody, którą mi podawał. Liczył czas i długość skurczy. Potem przeszliśmy pod prysznic. I tam tez usiadłam na piłce. Strumień wody kierowałam raz na brzuch, raz na plecy, podczas skurczu. Trwało to może ze 20 minut, kiedy przyszła polożna i mowi, że muszę wyjść, bo jeśli chcę rodzić do wody (taki miałam zamysł), to muszę być jeszcze zbadana przez lekarza. Wstałam z piłki, przyszedł skurcz, oparłam się mocno o B. i nagle pękł pęcherz i chlusnęło mnóstwo wód. Położna na to, że w takim razie rodzimy, bo już czas i nawet niestety nie zdążą nalać wody do wanny. Szybko przeszłam na łóżko, bo czułam, że idą skurcze parte. I jak tylko weszłam i zaparłam nogami poczułam, że to już. Przy pierwszym skurczu dałam z siebie wszystko i główka była już widoczna. Przy drugim pozwoliłam sobie na krzyk i walnęłam najpierw “FUCK!!”, a potem “o kurwa nie dam rady”!!! Ale parłam, a kiedy położna powiedziała, żeby przestać, nie mogłam, bo czułam, że jeszcze trwa skurcz. Zebrałam się jeszcze raz i poszło. Widziałam w lampie, która oświetlała pomieszczenie, jak to małe ciałko wyskakuje ze mnie. Położyli mi małego na piersi, a ja tylko jak opętana pytałam w kółko “która godzina, która godzina?!!” 4.40. O Boże, pomyślałam dałam radę. Jest. Nasz syn. Ciałko w białej mazi, cieplutkie i mokre. Ech…
B. poszedł z położną zważyć i zmierzyć i zbadać malucha a mną zajął się lekarz. W tym czasie B. zapoznawał się z synem w kąciku dla tatusiów.
Po 50 minutach spotkaliśmy się na sali obserwacyjnej, gdzie spędziliśmy we trójkę nasze pierwsze 2 godziny.
Byłam naprawdę zmęczona, ale szczęśliwa niesamowicie. Dwóch moich cudownych mężczyzn, jeden duży, który był naprawdę niezastąpiony. Życzę każdej kobiecie takiego wsparcia przy porodzie. Bez paniki, opanowany, opiekuńczy, domyślny i po prostu niesamowite wyczucie w tym co akurat trzeba mi było. A maluch? Tak mnie kopał od środka, a potem wyskoczył szybciutko i ssał teraz pierś tworząc pierwszą więź między nami.
Nie czułam strachu, którego tak bardzo się bałam biorąc pod uwagę doświadczenie. Czułam przeogromne szczęście i tęsknotę za Gabi. Wiedziałam, że nikt i nic mi tego nie odbierze. Że fakt, trudno było i trudno bywa w tym naszym związku, w którym ciągle trwa walka miłości z przeszłością, ale właśnie przyjście na świat małego Krzysia potwierdził, że nie mam już wątpliwości, że to właśnie ten czas, to miejsce i ten człowiek, z którym chcę spędzić resztę swojego życia.
Ten wpis dedykuję Jemu. Za wszystko. Bo niełatwo jest być ze mną. Kto wie o tym lepiej niż ja….
Wzruszyłam się przebardzo Kochana. Może i mnie czeka jeszcze kiedyś coś tak pięknego z kimś tak pięknym wewnętrznie, któremu niełatwo będzie ze mną, a mimo wszystko…
Kochana, tulę od środka Was wszystkich.
Pięknie kochana, wiedziałam, że będzie dobrze. Teraz musisz tylko zaktualizować zakładkę “MY”
Fragment “Że fakt… resztę swojego życia” proszę sobie “wężykiem” podkreślić i czytać tak ze 3x dziennie co by nie zapomnieć… w razie jakiegoś “zjazdu”;)))
Ściski:)
Aga,
Wiesz co z tego wpisu wychodzi na ‘pierwszy plan’? Co jest najbardziej widoczne?
Uczucie, że wszystko jest na swoim miejscu. Spokój, radość i spełnienie.
[I… niepowtarzalny zapach niemowlaka. Mieszanka zapachu oliwki, pudru, delikatnego mydełka, i mleka.:)]
Ściskam Ciebie Mamusiu:)
Agu, pięknie:)))))
wiesz, że ściskam za Was wszystkich kciuki
i wiesz, że jesteś szczęściarą?
ściskam
Pięknie to opisałaś. I ta końcówka, ta siła przekonania, że to właśnie to, czego pragniesz, że to właśnie ten mężczyzna. Cieszę się razem z Tobą!
Uściskaj maluchy i żyjcie szczęśliwie!
Kochana, wielkie gratulacje:)))) Fajnie, że tak bez powikłań.
W przyszłym tygodniu wysyłam chustę, nie kupuj!
Buziaki dla Mamci i synka. I całej rodziny:))))
adziu – na pewno czeka i Ciebie coś takiego. Nie wątpię w to wcale
G- zaraz uaktualnię zakładkę
mercelina – ja wiem, że w razie zjazdu mogę liczyć na Ciebie
hideaway – owszem, wszystko jest tak jak powinno. Moja fajna rodzinka.
iga – no ba
mujerka – wiem. I cieszę się, że byłaś ze mną w najtrudniejszym okresie tej walki, jeszcze nie tak dawno temu. Tulę
przekora – wszyscy uściskani
akuś – dziękujemy bardzo!!
Gratulujemy!
W drugiej połowie kwietnia być może będę miał okazję pogratulować osobiscie, bo mam służbowy wyjazd do Waszego pięknego miasta
P. i V.
ZAPRASZAMY!!!!!!!!!!!!!!!!!
Będę niechybnie. A czy wychodzicie czasem z domu? Bo tego.Zastanawiam się, gdzie chodzicie na zakupy. Nie, nie chcę, zebyście mi coś kupowali
Jak będziecie się wybierać na zakupy, to poprostu dajcie znać, chciałbym, żebyście w miarę mozliwości, czemuś się przyjrzeli 
Buźka –
V.
vince – na razie nie wychodzimy z domu, ale pewnie już wkrótce. A na zakupy chodzimy albo do lidla, albo do leclerca, bo wprawdzie do tesco mamy blisko, ale tam jest ch… z grzybnią.