just trying

permanentna psychomachia

w domu Kwiecień 27, 2009

Filed under: to co w głowie — agu @ 10:52 am

Jesteśmy już w domu od czwartku, ale tak jest dalej ciężko, że trudno usiąść do komputera. Młody jest totalnie rozwalony po tym szpitalu. Układ trawienny wysiadł. Nie może zrobić kupki, nie wspominając o bączkach, które rozrywają mały brzuszek. Wtedy Krzyś po prostu krzyczy. Nie płacze. Noszę, tulę, szepczę, poklepuję, mówię, śpiewam. Czasami zdarza mi się wychodzić z pokoju, bo nie daję rady. I tak na zmianę z B.
W sobotę wróciła Gabi. Nie mogłam się od niej oderwać. Całowałam włoski i łapki. Znowu jest deko rozchwiana. Maruda i brzydko się odnosi do nas, ale to nic. Poradzimy sobie. Przytyła sporo, więc pewnie jedzenie u tatusia jej służyło.
Wczoraj udało nam się wszystkim wyjść na spacer i nawet zjeść obiad w restauracyjce z domowym jadłem.
Młody pospał i nie dymił, Gabi wybiegała się na placu zabaw.
Tylko w nocy Krzyś po jedzeniu znowu bardzo płakał przez godzinę.
Widzę, że B. jest tym wszystkim przerażony, że mały tak cierpi. Ja się już chyba uodporniłam. A może i nie. Nie wiem. Nie chce mi się nic. Robię wszystko mechanicznie. Nasłuchuję kwilenia z sypialni. Zdarza mi się coraz częściej patrzeć tępo przed siebie. Unikam przytuleń. Jestem zmęczona.
Jakby te antybiotyki, które podawano młodemu, wyjałowiły mnie.
Pojadę dziś może zarejestrować firmę.
Bez entuzjazmu.
Uleciał.
Do wszystkiego.

 

może jutro… Kwiecień 22, 2009

Filed under: to co w głowie — agu @ 12:34 pm

Dziękujemy wszystkim za ciepłe słowa. Ciężko mi pisać. Po tych prawie dwóch tygodniach właściwie czuję się i wyglądam jak zombie. Krzyś niestety też. Oczki przekrwione, widać wszystkie żyłki na powiekach od płaczu. Nie ma już ani jednej żyłki drożnej, która nadawałaby się do podania antybiotyku. Nawet położne z wcześniakówm które mają do czynienia z dużo mniejszymi dzieciaczkami – nie dały rady nic znaleźć.
Ordynator parę dni temu wspomniała, że kiedy nie będzie już miejsca na ciele, mały ma mieć podany doustny antybiotyk, ponieważ wkrótce kończy miesiąc i jest jeden taki lek, który już można spróbować.
Zrobiłam wczoraj zadymę.
Wiedziałam, że prawdopodobieństwo, że żyłka na główce nie wytrzyma już 4 wlewu i że zostanę zawołana, kiedy tak będzie. Zasnęłam bezwiednie, bo noce mamy ciężkie. Antybol rozwala żyły i powoduje okropne bóle brzuszka, zaparcia i gaziory. Więc o 12 przyszła siostra i zabrała dziecko. Widziałam jednym okiem i usłyszałam – “będziemy Panią wołać”. Zasnęłam mocno. Wybudził mnie krzyk Krzysia. Wybiegłam z sali jak oparzona. Wpadłam do zabiegowego gdzie mały znowu był kłuty. Natychmiast kazałam przestać, a siostra mnie wyprosiła. Lekarz na wizycie podobno nie wiedział o zaleceniu ordynatora. Pobiegłam do niej i pewnie pobiłam rekord na setkę. Wpadlam do jej gabinetu i już nawet nie wiem co mówiłam. Byłam wściekła. Powiedziałam, że warto, żeby się pofatygowała na wizyty, ponieważ codziennie jest inny lekarz i ja nawet nie wiem, który nas prowadzi. Do tego nie słuchają jej zaleceń i moje dziecko znowu jest już kłute po raz enty, a on już naprawde nie ma ani jednej żyłki drożnej. Zadzwoniła od razu do lekarza i nakazała zaniechanie kłucia. On coś jeszcze dyskutował a ja po prostu pobiegłam do zabiegowego i praktycznie wyrwałam Krzysia położnej. Przytuliłam i zupełnie się rozwaliłam. Zaczęłam tak wyć, że ciężko było się uspokoić. Tak bardzo chciałam stamtąd uciekać widząc zakrwawionego Krzysia, jego główkę, rączki i nóżki. Zaraz też przyjechał B. Potem poszliśmy jeszcze raz do ordynatora żądając jasnej linii frontu w leczeniu dziecka, które neistety cierpi z powodu braku komunikacji między lekarzami. W końcu dostaliśmy receptę i poszliśmy po antybiotyk. O 15 dostał doustnie pierwszą dawkę. Przeżyliśmy jakoś noc. Bóle brzucha są spore i mały bardzo źle śpi, ale nie zwymiotował ani też nie dostał biegunki, więc toleruje lek.
Zostajemy jeszcze do jutra, jeśli będzie ok, pójdziemy już do domu. Tęsknię tak bardzo za Gabi, nie mogę przestać o niej myśleć. Może zobaczymy się już wkrótce. Marzę o własnym łóżku, prysznicu i ciszy, chociaż po prawie dwóch tygodniach łapie już znieczulica. Kiedy dziecko koleżanki rozrywają kolki, nie słyszę już płaczu. Potrafię spać w największej zadymie. Rozróżniam płacze wszystkich dzieci na oddziale.
Dużo się tu nauczyłam. Umiem dziecko w kokon zawinąć i wiem, że to mu pomaga, tak jak szumienie do uszu i klepanie po pleckach czy pupce, kiedy leży na brzuszku. Doskonale znam rodzaje płaczu mojego synka. Wiem, kiedy chce jeść i kiedy go coś boli, kiedy jest zmęczony i kiedy potrzebuje przytulenia. Poznaliśmy się świetnie. Szkoda, że w tych warunkach.
Wiem, że Krzyś nie będzie pamiętał. Ale uwierzcie mi, kiedy go dotykam, jest zastraszony, bo dotyk kojarzy już z bólem. Budzi się z krzykiem i płaczem ni stąd ni zowąd. Kiedy odkładam go do łóżeczka kwili. Bardzo potrzebuje bliskości. Nie wierzę, że dla niego to przejdzie bez echa. Przekonalibyście się, gdybyście to zobaczyli. I owszem, nie pamiętam tetrowych pieluch i ich niewygód, ale to zdecydowanie gorsze, co on przeżywa.
B. jest wspaniałym ojcem i partnerem. Ta sytuacja jeszcze bardziej w tym utwierdziła. Bardzo go kocham, a on nas. Widzę to każdego dnia.
Wyglądam własnie przez okno. Przez ten czas zażółciły się mlecze. Trawa nabrała barw i pewnie oślepnę od słońca, kiedy wyjdę.
Ale to nic. To wszystko nic….

 

Kwiecień 17, 2009

Filed under: to co w głowie — agu @ 8:41 pm

Nawet nie wiem co napisać, tak jest mi ciężko.
Pierwszy uśmiech mojego syna nastał w dniu, kiedy 2 razy przekłuwano mu żyłę, bo poprzednia szybko się zapchała. A zanim został przekłuty, 3 razy próbowano dostać się do którejś żyły na główce. Wybiegłam z zabiegowego wyjąc i skowycząc jak pies. Dały mi potem neospazminę. Serce mi pęka słysząc jak braknie mu tchu, kiedy płacze. Mam ochotę wtedy zabrać go stamtąd i uciekać, ale dokąd? Kto nam wtedy pomoże?
O północy i w południe, kiedy trzymając synka na rękach, próbuję nie zasnąć, pilnuję jego żyłek i tego, żeby się tymi wenflonami nie skrzywdził. Co dzień zastanawiam się ile jeszcze jest miejsc na jego ciele, gdzie można wbić igłę. Patrzę na te popękane naczynka na powiekach, kiedy śpi i gdybym tylko mogła zabrałabym każde cierpienie od niego. A on raz sobie guga, potem się uśmiechnie, a kiedy brzuszek po antybiotyku powoduje, że przez trzy godziny po prostu wrzeszczy, pocieszam się, że on nie będzie tego pamiętał i przykro mi zarazem, że data pierwszego uśmiechu na zawsze będzie towarzyszyć traumie szpitalnej.

Rozmawiałam dziś z córeczką. “mamusiu tęsknię, kiedy wracam do domu?”.
“Jeszcze troszkę” – wydukałam przez łzy.

To zdecydowanie jeden, jak nie najgorszy czas w moim życiu.
Jeszcze 10 dni, 20 dawek antybiotyku i nie wiadomo ile kłuć.
Poproszę o siłę. Dużo siły.

 

ładny początek życia Kwiecień 14, 2009

Filed under: to co w głowie — agu @ 9:30 pm

Dziś krótko. Telegraficznie, bo padam na ryj.
Jesteśmy od piątku w szpitalu. Takieśmy spędzili święta i spędzimy jeszcze kolejne 14 dni…
Mały ma obustronne zapalenie uszu, do tego kaszle jak gruźlik i nie wiadomo czy nie ma zapalenia płuc, katar zatyka mu nos, boli go brzuch i wszystko to przez cholerną chlamydię, o której dowiedzieliśmy się dziś.
Dostaje poprzez wenflon wgłowie lub rączkach antybola 2 razy dziennie przez godzinę leżąc w bezruchu.
Serce mi się kroi, kiedy widzę jak cierpi… Mam deprę, poczucie ogromnej winy, bo to podczas porodu złapał ode mnie.
Może jutro więcej napiszę… jeśli znajdę czas, a sen nie będzie ważniejszy.

 

opony i jajka Kwiecień 9, 2009

Filed under: to co w głowie — agu @ 12:52 pm

Cholera, i chyba Krzyś złapał jakiegoś wirusa. No kicha i zdarzyło mu się parę razy dość mocno zakaszleć.
Jeśli się ten stan utrzyma, lecimy jutro do lekarza. I tyle z jego kurde odporności, którą podobno sobie wysysa ze mnie z mlekiem. To jakieś chyba to mleko do dupy jest. A wysysa równo, bo ja dziś jakoś z ciekawości na wagę weszłam i zdaje się, że jak tak dalej pójdzie, to będę jak ta dziewczyna ze zdjęcia o anoreksji. Kojarzycie? Wychodzi, kurde, dieta marchewkowo-indykowo-ryżowa. Bleee.
Za godzinę zjeżdża madre. Liczę, że pomoże przygotować jakieś żarło na święta i pójdzie z Krzysiem na spacer, żebym ja w tym czasie mogła wymienić opony na letnie. Czy tylko ja jeżdżę jeszcze na zimówkach?
To wesołego jajka wszystkim, bo pewnie mnie przedświąteczno-świąteczny czas pochłonie i mały ssak. I pomyślcie o mnie przy świątecznym sutym stole, bo ja pewnie zjem to jajko i tyle. Język mi zdrętwieje i soki żołądkowe zabiją, kiedy inni będą wpierniczać wszystkie smakowitości.
Świąt więc nie lubię. Tych.

 

Kwiecień 6, 2009

Filed under: to co w głowie — agu @ 6:47 pm

padamy na ćwarz.
Jeśli się nie wyśpię, może się zdarzyć, że wyjdę i już nie wrócę…
Jak bonie dydy.

 

zniżka Kwiecień 5, 2009

Filed under: to co w głowie — agu @ 12:20 pm

mam zniżkę. Nie, nie chodzi o pieniądze. Nastroju zniżkę mam.
Gabi jest znowu chora, po tygodniu tylko chodzenia do przedszkola. Właściwie nie rozstajemy się z maskami i mam już dość oddychania jak Darth Vader, słuchania jej kaszlu i własnego smarkania oraz marudzenia B, że na pewno Krzyś zaraz będzie chory. Ojej.
Łeb mnie nakindziala od przeglądania ofert telefonii komórkowej. Sama jestem w Erze i chyba dla biznesu też Erę wybiorę, żeby w razie czego… nawet nie wiem w sumie w razie czego i co?
Który bank? Ile kont? Walutowe też? Bo będę przecież płacić zagranicą za towar…A może tylko kartę kredytową do zwykłego konta?
Dalej nie mam nazwy firmy oraz hasła na stronę, bo przecież musi być coś, że światowe marki, których nie ma w żadnym sklepie netowym, czyli, że tylko tu i w ogóle zajrzyj, zostań lub powracaj byle często.
Do tego właściwie to brakuje mi 10-20 tysi, żeby to ruszyło tak jakbym chciała, bo to co mam wystarczy na stronkę i może trochę towaru…Na dofinansowanie nie ma co liczyć. Fundusze unijne nie dla mnie. Niestety. Poszperałam i albo bym musiała czekać do lipca, a to już za późno, bo musi już wszystko hulać, a na dofinansowanie w ramach 8.1 nie ma co liczyć. Na sklepy netowe nie dają. No i bezrobotna też póki co nie jestem, więc z UP też nic nie dostanę.
Że zapytam naiwnie, ma ktoś pożyczyć kasiorę? Mam nieodparte wrażenie, że ciągle tu o to pytam. Hehe.

Dopiero co krem na facjatę nałożyłam, latam między płaczącym Krzysiem, kaszlącą córką a listą zakupów.
Wkurza mnie, że B. pracuje w niedzielę. W lodówce mam jajka oprócz żeberek i światła.
Chyba dopadła mnie jakaś depra. I nie bardzo mam chwilowo siłę na walkę z nią.
I tak, pamiętam o szczęściu, które mam. Nie trzeba mi przypominać.
Zwyczajnie zniżka, no…. zniżka jest.

 

“sielanka” Kwiecień 1, 2009

Filed under: to co w głowie — agu @ 9:32 am

Więc się sielanka skończyła.
Uśmialiśmy się dziś rano, że kiedyś to było wino, wanna i zarąbisty seks, a teraz czekanie na pierdnięcie syna i łapanie każdej minuty snu w locie. Tak. Syn ma kolki. JUŻ!!! Napina się bidulek na maksa, a z tej małej dupki NIC się nie chce wydobyć, nawet małe pru, pru. Fuck.
Więc jeśli to moja wina, bo zjadłam kawałek białego sera i dwa jabłka, to przepraszam Cię synu najmocniej. Już nie będę. W sumie to nie wiem co mam jeść, bo jak zaczynam czytać w necie czego mi nie wolno, to właściwie szybciej będzie, kiedy napiszę co mi wolno. NIC. Jednym słowem herbatka laktacyjna i suchary. Przynajmniej na linię nie będę mogła narzekać.
Syn w związku z powyższym ma problemy z zaśnięciem czyli jednak musiał polubić smoczek, żeby nas sąsiedzi na policję nie podali. Tym samym zasypia np. godzinę, wcześniej je ok. 40 minut, przebieram go i sobie leży, a w końcowym efekcie tuż przed zaśnięciem, kiedy już tyle czasu upłynie zasypia z wkurwem, bo jest już znowu głodny. Dobrze, że mi mleczarnie pracują, bo cienko to widzę.
Rozkręcanie biznesu też cienko widzę, chyba, że do Gminy wybiorę się z dzieckiem przy cycku, a do urzędu statystycznego na rzęsach.
Tak więc kochana położno, któraś to nas nawiedzić była w dniu wczorajszym, jak mi jeszcze raz szepniesz do ucha, że mogę zjeść wszystko, byleby nie w końskich dawkach, to walnę Cię w ucho, moja droga, bo jak widzisz, syn mój nawet jabłkiem gardzi, a co dopiero tym na co mam największą ochotę czyli pizza, lody plus mirinda.
FUCK.
Ps. Dziś idziemy zgłosić dziecko do USC, a ja nie mam umytej głowy od tygodnia. Jakże kocham to miejsce, że zamiast pod prysznicem, siedzę skulona na kanapie i klepię ten tekst.
Idę więc, może zdążę, zanim syn otworzy swe oczy, a co gorsza buzię.

 

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.