Powinnam już myśleć o barszczu i uszkach, a jakoś siły mnie opuściły.
Idziemy z Krzychem do rehabilitantki we wtorek i cała się martwię, spać nie mogę. Prawie trzylatek w ogóle nie skacze i rusza się jak słoń…
Ok, wiem, jest za gruby. Butlę odstawiliśmy, myślałam, że będzie ciężko, poszło gładko. “Się zepsuła” powiedziałam…
Czytamy książeczkę na dobranoc, długo zasypia. Mówi “nie umiem, mamusia”… biedulek.
Jestem do dupy matką, naprawdę.
To zapewne nienormalne, żeby z utęsknieniem czekać, aż dzieci urosną…, żeby nie trzeba było wstawać o 6, rozdzielać ciągłych kłótni, podziwiać wygłupów. Jestem zmęczona mega.
Tęsknię za nimi, kiedy ich nie widzę, ale wolę uciec do pracy. Wrócić jak najpóźniej.
Nie robię z nimi pierniczków ani nie robię za konika.
Z Gabi fajniej mi się spędza czas, bo jest większa. Syn mnie irytuje.
Inni czekają na weekendy, ja czekam na poniedziałek, kiedy pójdę do pracy…
Żałosne